Nie jestem ani populistą, ani demagogiem

Nie jestem ani populistą, ani demagogiem

11 września rozpocznie się w Warszawie kilkudniowa akcja protestacyjna. Dlaczego powinniśmy się do niej przyłączyć?

– Nie tylko pracownicy, ale wszyscy obywatele, którzy czują się pokrzywdzeni przez obecną władzę, powinni wziąć udział w tym proteście. On jest organizowany pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”. To co nas boli, będziemy mogli wykrzyczeć w tych dniach podczas wielkiej ogólnopolskiej demonstracji.

 

 

11 września rozpocznie się w Warszawie kilkudniowa akcja protestacyjna. Dlaczego powinniśmy się do niej przyłączyć?

– Nie tylko pracownicy, ale wszyscy obywatele, którzy czują się pokrzywdzeni przez obecną władzę, powinni wziąć udział w tym proteście. On jest organizowany pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”. To co nas boli, będziemy mogli wykrzyczeć w tych dniach podczas wielkiej ogólnopolskiej demonstracji.

A co boli Polaków?

– Oprócz spraw pracowniczych, najważniejszym postulatem zgłoszonym przez centrale związkowe jest zmiana ustawy o referendum ogólnokrajowym. W zeszłym roku, gdy zebraliśmy ponad 2,5 mln podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie wieku emerytalnego, czyli w sprawie niezwykle ważnej dla milionów pracujących Polaków, to zostaliśmy jako obywatele zlekceważeni. Wniosek został odrzucony, referendum się nie odbyło. Okazało się, że koalicja PO-PSL oraz Ruch Palikota wiedzą lepiej, co jest dobre dla polskiego społeczeństwa. Dlatego chcemy więcej demokracji bezpośredniej. Chcemy, aby obywatele mieli możliwość decydowania o tym, co jest dla nich ważne. Właśnie to powinno nas motywować do udziału we wrześniowym proteście.

 

Czy Pana zdaniem Polacy wierzą, że mogą mieć wpływ na to, co dzieje się kraju?

– Uwierzą, jeśli cały czas, a nie tylko raz na cztery lata podczas wyborów parlamentarnych, będą mieć wpływ na władzę. Taki wpływ jest możliwy właśnie poprzez referendum ogólnokrajowe. Niestety przepisy o referendum są martwe. O tym, czy referendum może się odbyć, czy nie decydują posłowie. Dlatego do tej pory nie odbyło się ani jedno referendum z inicjatywy obywateli. Konieczne jest też wzmocnienie obywatelskich wniosków ustawodawczych. Nie może tak być, że są odrzucane przez posłów już w pierwszym czytaniu. Jeżeli ludzie włożą ogromny wysiłek w zebranie podpisów, to taki wniosek powinien trafić do komisji parlamentarnych, żeby środowiska, które go przygotowały, mogły go bronić. Teraz gdy Polacy angażują się w ważne sprawy, takie jak wiek emerytalny, czy zmiany w systemie oświaty, to dostają po głowie. A potem politycy się dziwią, że frekwencja w kolejnych wyborach jest coraz niższa. 

Demokracji bezpośredniej jest więcej na szczeblach samorządów. Mieszkańcy stolicy zebrali podpisy pod wnioskiem o odwołanie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz…

– Tak, ale premier namawia warszawiaków, żeby nie brali udziału w tym referendum. Tacy właśnie są politycy, i to trzeba zmienić. Niektórzy uważają, że jestem populistą i demagogiem. Nie. Nie jestem. Ja tylko chcę, żeby Polki i Polacy mieli w swoim kraju coś do powiedzenia.

 

Szczytem arogancji władzy jest niekorzystna nowelizacja Kodeksu pracy. Czy nie należałoby spytać Polaków, co sądzą o zmianach w prawie pracy?

– Ta sprawa dotyczy wszystkich osób pracujących w Polsce i na pewno można by ją poddać pod referendum. Tyle tylko, że w tym przypadku powinna działać Komisja Trójstronna, gdzie interesy pracowników reprezentują organizacje związkowe. Ale Komisja Trójstronna stała się farsą. Możemy tylko poinformować rząd i pracodawców o naszym zdaniu, ale oni i tak się z nim nie liczą. A przecież dialog społeczny powinien wynikać z chęci przekonania drugiej strony do swoich racji. Ustawa o elastycznym czasie pracy nawet nie była procedowana na posiedzeniu Komisji Trójstronnej.

To nie jedyny przypadek złamania zasad dialogu społecznego…

– Przykładów nieliczenia się z Konstytucją i polskim prawem, żeby tylko przepchać antypracownicze, pasujące liberalnemu rządowi ustawy, jest bardzo dużo. Tak było m.in. ze zmianą czasu pracy osób niepełnosprawnych z 7 do 8 godzin. Solidarność wniosła w tej sprawie skargę do Trybunału Konstytucyjnego, który przyznał nam rację. Niekonstytucyjny okazał się też zapis w Kodeksie pracy, który odbierał pracownikom dodatkowy dzień wolny za święto przypadające w dzień wolny od pracy.

Czyli dialog związków z rządem się już skończył. A co z pracodawcami?

– Nie łączyłbym wszystkich pracodawców z tymi, którzy uczestniczą w Komisji Trójstronnej. Oni reprezentują zaledwie 2,5 proc. przedsiębiorców w Polsce. Solidarność współpracuje z innymi organizacjami pracodawców. Prowadzimy też dialog na poziomie zakładów pracy, branż. I to nam się udaje. Jednak normą staje się szczucie na związki. Jeżeli pan senator Libicki mówi, że trzeba przygotować ustawę antyzwiązkową, żeby pracodawca nie finansował swojego wroga, to daleko nie zajdziemy. Pan senator wylewa żółć na związki zawodowe, tylko dlatego że zaczynają mocno krytykować, wydawałoby się jego rząd. A tak naprawdę pan Libicki w ostatnich latach przeszedł wiele partii, i gdyby tylko nadarzyła się okazja, to wskoczyłby do innego ugrupowania, żeby tylko utrzymać się przy korycie.

Nawiązał Pan do ataków na związki, najczęstszym zarzutem, jaki można usłyszeć jest to, że upolitycznił Pan Solidarność, wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej…

– Nigdy nie upolityczniałem Solidarności i upolityczniał nie będę. Nie robiłem tego, ani gdy byłem przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, ani teraz. Z żadnym ugrupowaniem politycznym nie podpisałem porozumienia. Natomiast, jeżeli otrzymuję zaproszenia na kongres PIS, czy Solidarnej Polski, to je przyjmuję. Na kongres SLD nie pojechałem tylko dlatego, że miał się na nim pojawić generał Jaruzelski. Jeżeli są partie, które starają się realizować postulaty związku, a ja otrzymuję od nich zaproszenia, to wypada pojechać i podziękować. Jakoś od półtora roku nie mogę się doprosić o spotkanie z klubem PO.

Są jednak tacy, którzy już widzą Pana w parlamencie…

– Wiem, gdzie jest moje miejsce. Jestem członkiem związku zawodowego i polityka na Wiejskiej kompletnie mnie nie interesuje. Ja uprawiam politykę związkową. Walczę o lepsze rozwiązania w Kodeksie pracy i lepsze wynagrodzenia dla polskich pracowników.

Jeżeli normą w stosunkach pracy będą umowy śmieciowe, to o godnych wynagrodzeniach znaczna część pracujących Polaków będzie mogła zapomnieć …

– Umowy śmieciowe, umowy na czas określony, to jest problem, który w Polsce dotyczy przede wszystkim ludzi młodych. Zwróciła na niego uwagę już nawet Komisja Europejska, która w raporcie z 29 maja zaleciła rządowi walkę z tą patologią. Ograniczenie stosowania umów śmieciowych to nie jedyny postulat Solidarności. Cały czas domagamy się też niewygaszania emerytur pomostowych, czy podniesienia płacy minimalnej do poziomu 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Każde podwyższenie płacy minimalnej nawet o 50 zł, spowodowałby wzrost popytu wewnętrznego i rozruszanie gospodarki. Ekonomiści dziwią się, że popyt wewnętrzny spada. Jak ma nie spadać, skoro ludzie nie mają pieniędzy i są coraz bardziej pozadłużani. Z drugiej strony rośnie popyt na towary luksusowe. Rozbieżność między biednymi, a bogatymi Polakami jest coraz większa. A gdzie jest klasa średnia? Wyjechała do pracy za granicę.

Jednak znaczna część społeczeństwa wciąż wierzy piarowcom Donalda Tuska, że coraz trudniejsza sytuacja gospodarcza, to efekt światowego kryzysu, a nie złego zarządzania państwem…

– Władza ma budżetowe pieniądze i nie szczędzi ich na PR oraz kolejne reklamówki. Jesteśmy omamiani i oszukiwani za naszą własną kasę. Jednak każdy, kto śledzi papierowe i elektroniczne media, sam powinien wyciągać wnioski.

Z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ Solidarność rozmawiała Agnieszka Konieczny.

Źródło strona Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność >>>